Tagi:

To miał być wpis o potrawach kubańskich, ale już na samym tylko wstępie tak popłynęłam, że postanowiłam zrobić z tego osobny wpis. Tak, więc o Kubie będą dwa wpisy! Ale uwierzcie mi, że bez tego wstępu, bez tej opowieści, bez zrozumienia tego jak wygląda prawdziwe życie na Kubie, nie mogę pisać o tym co i jak można znaleźć na kubańskim talerzu. Zapraszam Was na opowieść o realnej Kubie. Realnej, a nie tej z kolorowych, roztańczonych w rytmie salsy pocztówek.

Kuba była jednym z trzech głównych krajów, które odwiedziliśmy podczas naszej wielkiej, dość spontanicznej, trzymiesięcznej wyprawy (w American trip – ruszamy przeczytasz więcej, o tym jak do tego doszło: ). W telegraficznym skrócie: USA – Meksyk – Kuba – Kajmany; my dwoje i dwójka maluchów (wówczas 8 miesięczniak i niespełna 3 latka); przenoszenie się niemalże codziennie w inne miejsce; intensywne; bez planu na więcej niż dwa dni do przodu, a i to nie zawsze 😛

Z perspektywy czasu – ten wyjazd to była najlepsza decyzja w naszym życiu. Zobaczyliśmy niesamowite miejsca, nasze dzieci są ultra elastyczne i otwarte na świat i przede wszystkim przeżyliśmy fantastyczną przygodę i spędziliśmy te 3 miesiące non – stop razem. To był niesamowity NASZ czas. O USA już Wam trochę pisałam (Kalifornia czyli wino, piwo i owoce morza i 8 parków, 8 burgerów), Meksyk wciąż Wam wiszę. Teraz na tapetę wjeżdża Kuba, życie na Kubie i to jak to wpływa na kubańską kuchnię. Żeby być fair wobec Kuby – ma swoje niewątpliwe uroki. Kubańczycy naprawdę mają taniec w krwi, odkryliśmy kilka przepięknych miejsc, a nade wszystko ludzie są niesamowicie przyjaźni i otwarci! Ale jest też druga, ciemniejsza strona, o której głośno się nie mówi….

Kuba z dziećmi

Na Kubie spędziliśmy cały styczeń 2018 r – właściwie pełny miesiąc. Wystarczająco dużo czasu żeby zjechać ją wzdłuż i wszerz (nie tylko po utartym, turystycznym szlaku), wsiąknąć w tamtejszy klimat, dowiedzieć się dużo o tym, jak tam jest tak naprawdę i oczywiście sprawdzić na wylot jak smakuje kuchnia kubańska. Mieliśmy okazję spróbować wszystkich lokalnych smaków od najlepszych restauracji na wyspie, przez różnorodne lokalne knajpki, po jedzenie w kubańskich domach. Z pewnością nie znajdziecie tam udziwnionych, skomplikowanych dań. Kuchnia kubańska jest kuchnią bardzo prostą, żeby nie powiedzieć dość ubogą. Często dania są nieciekawie doprawione i aż nadto często – bardzo mocno przesolone.

I teraz najgorsze. Na poznanych kilkadziesiąt turystów na trasie, spotkaliśmy może kilku, którzy się na Kubie nie pochorowali żołądkowo co najmniej raz. My, przez to, że byliśmy z dziećmi, byliśmy na to szczególnie wyczuleni i narażeni. Oboje chorowali właściwie co drugi dzień. Na jakiś czas, trochę się to poprawiło, gdy kompletnie odcięliśmy ich od mięsa i od nieprzegotowanej wody (nawet do mycia zębów), ale wróciło bumerangiem pod koniec. Leczyliśmy ich jeszcze kilka tygodni po powrocie do Polski. Okazało się (po długiej próbie diagnozy), że oboje złapali pałeczki Yersinia (porównywane do Salmonelli), Skąd to? Z skażonego mięsa lub nabiału…. Ot co.

Pokręcenie się po lokalnych sklepach, targach i straganach jak i nocne rozmowy z Kubańczykami, u których mieszkaliśmy, zdecydowanie pomogły nam zrozumieć dlaczego dania są proste (w większości bazują na bardzo podobnych składnikach) i dlaczego mięso ma prawo być zepsute. Jedzenie jest na kartki z mocno limitowanym przydziałem. Sklepy puste. PUSTE! Nie raz mieliśmy problem, żeby dostać wodę butelkowaną (towar luksusowy, więc cena za 1,5 l często 2 $). Zestawienie z nazwą głównej sieci sklepów”Mercado Ideal” – porażające.

alkohol na Kubieprawdziwa kubasklep na kubiemięso na kubie

jedzenie na kartki
Kartki na jedzenie

Nie zdziwi Was już chyba, gdy powiem, że na Kubie bywa, że dostanie jakiś, wydawałoby się bazowych produktów, jest wręcz nierealne, nie tylko do jedzenia. Myślę, że te dwie historie obrazową pokazują co mam na myśli.

Historia z jabłkiem

Milcia wymyśliła, że chce jabłko. Jakoś jej zapadło mocno w główkę to jabłko i codziennie wracał temat kiedy je kupimy. No to szukamy. Po targach, straganach, lokalnych rolnikach i sklepach oczywiście. Nie ma. Nagle w sklepie krzyk radości.

– Mama! Są jabłka! – woła Milcia piszcząc i podskakując z euforii. Patrzę – drogie jak diabli (1 CUC czyli ok 1$ za jabłko), ale z radością chcę brać i to dużo. I tu plask.

– Nie mogę ich sprzedać – tyle udaje nam się zrozumieć z tłumaczenia ekspedientki. Jak to nie może?! Przecież widzę, że są! O tu! Z naszym tragicznym hiszpańskim próbujemy bezskutecznie zrozumieć dlaczego i wybłagać choć jedno. Nie może i koniec. Masz ci los. I weź tu teraz wytłumacz 3 latce (choć sam nie rozumiesz), że nie może mieć jabłka, mimo, że są i mimo, że obiecałam, że kupię. Wieczorem opowiadamy oburzeni naszemu anglojęzycznemu gospodarzowi co się stało. Kompletnie nie rozumie naszego wzburzenia.

– No tak. Na pewno nie przyjechały papiery, a dopóki nie przyjadą to nie wolno sprzedawać – Zamyśla się i po chwili dodaje – Niestety często tak jest. Z mięsem też. Papiery przyjeżdżają po kilku dniach i mięso już śmierdzi i nieświeże.

Historia z nożem

Jemy w naszym domostwie w Hawanie śniadanko. Mamy jeden nóż do podziału (taki zwykły, mały, do smarowania). Nagle – na krojeniu pomidora (!!) – łamie się. Prosimy o inny. Nasz gospodarz strasznie przejęty i zawstydzony tłumaczy, że nie ma. Trochę zszokowani, uspokajamy go, że to nic takiego i że mamy przecież scyzoryk, więc to żaden problem. Wieczorem przychodzi do nas żona naszego gospodarza i mówi, że jemu jest tak przykro i głupio nam spojrzeć w oczy, że cały dzień biegał po mieście i chciał kupić nowy nóż, ale… nie udało mu się znaleźć… żadnego….

kuchniia w domu kubańskim

Historia z pieluszkami

Podróżujemy z ośmiomiesięcznym synkiem. Siłą rzeczy, pieluszki rzez niezbędna. Jesteśmy już po 2 tygodniach na Kubie i znamy ograniczony asortyment sklepów, więc mając jeszcze zapas na kilka dni, już zaczynamy się rozglądać za pieluszkami. Nie ma. Sytuacja jest na tyle krytyczna, że gdy docieramy do Cienfuegos mamy już tylko trzy pieluszki. Jesteśmy przerażeni, ale nadzieję budzi fakt, że to przecież jedno z największych miast na Kubie. Odkładamy plany zwiedzania, jedzenia, wszystko odkładamy i urządzamy polowanie na pieluszki. Nagle – SĄ! W zabójczej cenie, ale są! Rzucam się na nie, bo z kupki ubywa. Widać, że nie tylko my na nie polowaliśmy. Patrzymy na tych Kubańczyków i ciężko nam uwierzyć. Skoro średnia płaca to 25 $, to jakim cudem tylu kubańczyków kupuje paczkę pieluszek za 17 $?! Staliśmy przy kasie i patrzyliśmy im na ręce –naprawdę płacili tyle co my!

źródło: Polityka
Źródło: Polityka

Są natomiast produkty, które możesz dostać niemalże wszędzie bezproblemowo. Lista nie jest jednak zbyt bogata. Łapie się na nią olej, ocet, papierosy, rum, piwo, słone krakersy, cebula i czosnek.

najgorszy bazar świata

Zawsze można też dostać cygara. Lokalne, budżetowe skręciołki niemal w każdym sklepiku. Markowe z etykietą tylko w największych, turystycznych miastach w mocno ekskluzywnych sklepach (ok 13 $ za jedno!). I rozwiązanie pośrednie, które praktykowaliśmy, czyli lepsze jakościowo ale bez markowej etykiety – do kupienia na plantacjach lub nieformalnie, pokątnie przez gospodarzy u których się mieszka…

kubańskie cygaracygara kubańskie

…Ciąg dalszy nastąpi….